piątek, 31 stycznia 2014

Moja włosowa historia

No cóż, od dzisiaj będziecie wiedzieć z kim macie do czynienia - przynajmniej od strony włosów. ;)
Nadeszła wiekopomna chwila. Po dobrym roku przygotowań psychicznych i dwóch godzinach kopania po dysku i innych ciekawych miejscach przedstawiam Wam moją włosową historię.

Jeśli chodzi o włosy, to zdecydowanie się z tym urodziłam. :D Dosłownie. Byłam ulubienicą oddziału z moją sterczącą, rudą czupryną. Pielęgniarki zaczesywały mnie na oliwkę, ale one za kilka minut i tak stały prosto do nieba. Pierwsze zdjęcie zrobiono mi dopiero w wieku 2 miesięcy
 
W wieku 2 miesięcy.

Następnie włosy rosły - ku uciesze taty i przekleństwom mamy (to ona musiała mnie czesać) i jaśniały. Były wtedy w kolorze jasnego/średniego blondu. Do czasu pasowania na ucznia dorosły gdzieś do połowy uda/kolan. Po tej zacnej imprezie zostały ścięte do pasa. I takie sobie były latami, co jakiś czas troszkę podcinane. Ściemniały w międzyczasie do "polskiego, mysiego blondu". Kochałam swoje długie włosy, robiły wrażenie. Jeśli kiedyś uda mi się dorwać do starych, papierowych zdjęć postaram się uzupełnić nimi tą historię.

W wieku 12 lat z pomocą buzujących hormonów zaczęły się ostro przetłuszczać. Mieszkałam w tym czasie u ciotki. Zabrała mnie kiedyś do fryzjera, by podciąć końcówki. Skończyło się to cięciem "od garnka" do ucha (z włosów do pasa!) skomentowanym przez ciotkę słowami "Przynajmniej nie będziesz ich tak długo myła."
Załamałam się. Naprawdę. Na początku nie chciałam wychodzić z domu. Wygoniona do szkoły siedziałam w czapce, której nie dawałam sobie zdjąć. Potem jakoś przywykłam. Doszłam do wniosku, że już nigdy nie będę miała pięknych włosów i było mi wszystko jedno. Przez kolejne 3 lata końce włosów miałam ciągle gdzieś między linią szczęki, a ramionami. Nie mam zdjęć z tego okresu - czułam się okropnie i raczej nie pozwalałam się fotografować.

Następnie odkryłam w drogerii piankę L'Oreala (już daawno niedostępne). I tak oto mama wróciła z pracy i dostała zawału, widząc czternastoletnią córkę w czerwonych włosach. Naprawdę czerwonych.
Pierwsze farbowanie - 14 lat.
Ten kolor był strzałem w dziesiątkę - bardzo mi się podobał, w przeciwieństwie do opinii ludzi dookoła. Miałam przez to mnóstwo problemów w szkole, ale kto by się tam przejmował. Niestety szybko zrudział. Poprawiłam go chyba tylko raz, nie pamiętam. Po wyrudzieniu dorosły do ramion, a ja znalazłam w necie krótką fryzurkę. Wzięło mnie. Stanęłam na głowie, aby dostać się do fryzjera jeszcze przed sylwestrem i... ścięłam się na 2cm. Z lekko dłuższą grzywką i "pejsami". Niestety, zdjęcie zaraz po cięciu gdzieś mi wcięło. Tutaj już zapuszczone i podrównane. (odnotować: 2006 - cięcie) W międzyczasie trzasnęłam je na rudo jakąś szamponetką czy pianką.
15 lat.
Rudy mi się znudził, za to miałam okropną chcicę przefarbować się na "borsuka". Na szczęście fryzjerka wybiła mi z głowy ten pomysł. Zrobiła mi jasne pasemka od góry, przez co rudość się zgubiła, a dół pofarbowała średnim brązem. Efekt był całkiem naturalny i ładny, szczególnie jak troszkę się sprał. Od góry zapuszczony odrost.
Długo nie wytrzymałam w blondzie - chciałam znów czerwone, ale fryzjerce akurat brakło farby.
Padło na róż, pod nim rozjaśnione włosy. Tak, to był RÓŻ.
Niestety, szybko się spierał.
Do blondu.
+

W międzyczasie poeksperymentowałam trochę z piankami "na jedną noc" - miałam zieloną, niebieską i turkusową. To zdecydowanie nie były moje kolory - wyglądałam jak trup! No i oczywiście marzyłam już o długich włosach. Kupiłam włosy clip-in. Niestety, były tylko brązowe - ale przecież kiedyś marzył mi się "borsuk". W międzyczasie skończyłam 16 lat.
16 lat.
Podobały mi się, były dłuuugie. Za to borsuk już tak średnio mi się podobał. Padło na brąz. Fryzjerka prawie płakała farbując, bo będę wyglądać jak zombie, bo jestem za jasna do takiego koloru. Błąd, pasowało mi bardzo. Sama była zdziwiona.
Dobrze się w nim czułam, choć szybko wypłowiał. Wtedy też miałam krótką przygodę z lokówką - krótką, bo moje włosy w ogóle nie chciały trzymać skrętu. Od zawsze były proste jak druty.
Rozprostowane - w godzinę po osiągnięciu "murzyńskiego loka" lokówką.
To był moment, w którym odkryłam drogeryjne farby. Po co wydawać dukaty u fryzjera, jak można to zrobić samemu w domu? Oczywiście padło na palette. Wybrałam odcień bardziej czerwonawy, włosy ciemniały z farbowania na farbowanie.

Aż w końcu za którymś "średnim brązem" wyszły czarne jak heban. Zadzwoniłam do fryzjerki ze słowami "Niech mnie Pani ratuje!". Niestety, kazała czekać, aż farba trochę się wypłucze. 3 miesiące w chustce na głowie, bo czerń przy mojej białej twarzy i podkrążonych na szaroniebieski kolor oczach tworzyła ze mnie idealną kandydatkę do głównej roli żeńskiej w horrorze. Co zrozumiałe, zdjęć brak. To był też moment, kiedy włosy zaczęły wypadać garściami. Szybkie przewertowanie wizażu, postawiłam na naftę i olejek rycynowy. Do wcierania nigdy nie miałam zapału, rycynowy +stał w łazience aż "zgnił", użyty dwa czy trzy razy. Ale nafta ewidentnie robiła mi dobrze i zagościła na stałe w mojej pielęgnacji. Poza tym używałam tylko szamponu. Najczęściej Head&Shoulders albo czegoś na objętość.
Kiedy włosy z czarnego przeszły w ciemny brąz, wybrałam się do fryzjerki po ratunek. Przy okazji upatrzyła mi się grzywka. Padło na rozjaśnienie tylko górnej warstwy (która wyszła ruda), dół przejechany rozjaśniaczem na sekundkę, co odrobinę rozjaśniło brąz. Odrost nietknięty. Fryzurka fajnie się układała i ładnie zrastała. Ogólnie byłam zadowolona.
Początek 2008.

I ok. 2 miesiące po rozjaśnieniu góry.
Włosy były już lekko za ramiona. Widać to dopiero na drugim zdjęciu (na pierwszym dziwnie się ułożyły). Rudość płowiała powoli w stronę blondu, brąz delikatnie jaśniał. I tak sobie rosły przez dłuższy czas. To, co rude wyjaśniało do platyny, potem próbowałam to zakryć jakąś farbą na 24 mycia. Trzymała się raptem kilka myć. Poddałam się i czekałam. Nie farbowałam ich dłuższy czas, choć czasem bawiłam się z kładzeniem tonera na płowiejący brąz w dolnej warstwie.
Kolor górnej części przekłamany - coś tam fotoszopowałam.

Gdzieś po roku niefarbowania dorwałam się do szamponetki Palette - kolor miał w nazwie coś z wiśnią. Wyszedł czerwony brąz.
Długo nie wytrzymałam w jednej fryzurze - 2-3 tygodnie później nosiłam już warkocze. Na zdjęciu średnio to widać, ale splecione były włosy bordowe i ciemnobrązowe (każdy warkocz miał 2 kolory).
2009

Po zdjęciu warkoczy były mocno wypłowiałe.
Potem płowiały coraz bardziej.

Wylazły rozjaśniane końcówki. Potem doszły do dziwnego stanu "w paski", który ciężko było ująć na zdjęciu. Od góry: naturalki, pasek z czerwoną poświatą, pasek tego, na co kapnęła farba na 24 mycia, pasek jasnych i wystający spod spodu pasek ciemnych. To był też moment, kiedy koleżanka namówiła mnie do używania odżywki. Kładłam ją tylko na końce, bo bałam się przyklapu. Mniej więcej wtedy powstało moje pierwsze włosowe zdjęcie. Pochyliłam wtedy głowę maksymalnie w tył, żeby zobaczyć, jak będą wyglądać dłuższe włosy. Efekt przerósł moje oczekiwania, od tej chwili mój cel prezentował się tak:
Wiem, że wydaje się być inaczej, ale naprawdę mam tutaj głowę pochyloną maksymalnie w tył. 2009.
Niedługo potem powstały kolejne warkocze.
+
To dwa razy ja. :D
Potem, pod wpływem impulsu rozplątałam je i przefarbowałam się na jasny blond.
Nosiłam takie przez prawie dwa lata, blond w międzyczasie odrobinę zjaśniał, choć nie starłam się schodzić do platyny. Lubiłam go, choć opinie były podzielone. Ponoć był za jasny i robiłam się szara na twarzy.
Spód bardziej żółty - wciąż pozostałość po felernej czerni. 2011.
Gdzieś w międzyczasie kilka razy nosiłam dredloki.

I raz warkocze, które potem przeplatając przerobiłam na cieńsze:
Grubsze - 110 sztuk.
Cieńsze - ok. 400 sztuk.

Ostatnie rozjaśnianie miało miejsce w maju 2011. Następnie w sierpniu pofarbowałam rozjaśniańce na mój kolor. Niestety, nie mam zdjęć, kilka dni później znowu się zaplotłam.
Przy tym farbowaniu również pierwszy raz po 5 latach podcięłam włosy. (tak, ostatnie cięcie w 2006 roku!)
To, co zrównałam do naturalek szybko sprało się z białego włosia. Znowu straszyłam odrostem. 
W lipcu 2012, czyli po prawie roku od farbowania zaczęłam pielęgnować włosy. Bez farbowania wytrzymałam przez 1,5 roku, potem trafiłam na wątek czerwonowłosych na wizażu. Przypomniało mi się moje pierwsze farbowanie. Często przewijała mi się w głowie myśl o powrocie do czerwieni, ale do tej pory nie odważyłam się, bo bałam się rudości.
I tak oto w listopadzie 2012 z takich włosów:
Za pomocą tonera udało mi się uzyskać rudo-czerwono-nijakie kokodżambo:
Które po kolejnym tonerowaniu, tym razem wersją bardziej różową wyglądało tak:
Zdjęcie ma przekłamane kolory - zdecydowanie włosy były wtedy piżdżąco czerwone. Ten kolor znów był strzałem w dziesiątkę. Uwielbiam go i świetnie się w nim czuję.
Odkryłam też przełom w mojej pielęgnacji, czyli mycie odżywką. Pozwala spływającej czerwieni dłużej się utrzymać, no i robi mi dobrze. Naprawdę dobrze. ;)
Jeszcze przed końcem roku odkryłam, że moje włosy są falowane. Do tej pory nigdy nie kręciły się ani nie wywijały, koleżanki zazdrościły mi prostych włosów. Po przeczytaniu paru wpisów na temat "a może nawet nie wiesz, że masz fale" chwyciłam jakąś piankę, zmoczyłam włosy i pogniotłam. Pierwsze próby stylizacji wyglądały marnie, ale niesamowicie się podniecałam, że mam fale. :D Zawsze marzyłam o kręconych włosach. Niestety, natura poskąpiła murzyńskiego locza. Przez kilka(naście) myć próbowałam je stylizować, ale były kłopotliwe - plątały się mocno i nie wyglądały najlepiej już na następny dzień. Jako, że w tamtym czasie myłam głowę raz, max. dwa razy w tygodniu, było to dość kłopotliwe.
Pierwsza próba stylizacji.
Poddałam się i dalej nosiłam je proste, od czasu do czasu bawiąc się w loki na chusteczkach albo inny nowy sposób na loki bez ciepła.
Regularnie odświeżałam kolor tonerem. W wakacje przestałam tykać końcówki - pozostałości rozjaśniańców stworzyły ciekawe ombre. Przy okazji całkiem fajnie udawała mi się już stylizacja moich fal (co nie zmienia faktu, że stylizowane nadal są dość kłopotliwe, zwłaszcza zimą).
+
Wakacje 2013.

Kolor bardziej przypomina prawdziwy na tym zdjęciu.
W międzyczasie dałam włosom rosnąć. Regularnie je podcinam.

Moje cele:
-pozbyć się rozjaśnianych końców
-dohodować włosy do kości ogonowej - ok. 80cm długości

Aktualnie moje włosy:
-są mocno porowate - liczyłam na zmniejszenie porowatości, ale niestety, natury nie przeskoczę
-dużo mniej się puszą i plączą
-dzięki podcinaniu i zabezpieczaniu końce przestały się kruszyć
-są dużo bardziej miękkie i zdyscyplinowane
-mają ok. 63cm długości - co jest moim największym sukcesem. Wcześniej niezbyt chciały przekroczyć 50cm.

Moja pielęgnacja:
Ostatnio wzmogło mi się przetłuszczanie, więc myję ok. 2-3x w tygodniu - zwykle odżywką (różowy Hegron), przed tonerem (raz na miesiąc-półtora) mocnym szamponem (Barwa piwna). Toneruję regularnie z pomocą La Riche Directions - Poppy Red.
Przed każdym myciem olejuję włosy (moje oleje) i skalp (GP z papryczką) na 40min-noc. Następnie olej emugluję odżywką. Po myciu nakładam odżywkę do spłukiwania/maskę z olejem i skrobią ziemniaczaną. Następnie silikonowa odżywka b/s i serum na końce.

Na koniec jeszcze małe porównanie włosów:
Czerwiec 2013.
Styczeń 2014 - aktualne.

21 komentarzy:

  1. Teraz wyglądają pięknie. Bardzo podobają mi się rude włosy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. twoje włosy miały niezłą szkołę przetrwania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo przeszły, ale teraz są piękne! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, cudowny kolor i gładkość. Jak zrozumiałam z tekstu nie rozjaśniasz już włosów tylko kładziesz toner na naturalne? Też się zastanawiam nad takim rozwiązaniem. I również wydaje mi się że mam naturalnie porowate włosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kładę toner na naturalki, chociaż końce wciąż pamiętają rozjaśnianie. Świeżo po tonerowaniu mają intensywniejszy kolor i szybciej się wypłukują (dobrze to widać na zdjęciu z czerwca). Rozwiązanie takie jest o tyle świetne, że toner nie zawiera niczego, co mogłoby zrobić krzywdę inną, niż wyglądowa. ;) Jest w 100% bezpieczny dla włosów.

      Usuń
  5. Jezu,dziewczyno.Cud ze lysa nie jestes po tych wariactwach....teraz super.Ale ogladajac twoje foty szczeke zbierlam z podlogi

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, ogromna przemiana. Teraz masz piękne włosy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy tę skrobię dodajemy suchą do odżywki czy po rozrobieniu z odrobiną wody?

    OdpowiedzUsuń
  8. O rzesz ty w morde! Miałaś na głowie juz chyba wszystko! Piekny przyklad na to że kobieta zmienna jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gdybym dodała tutaj swoje zdjęcia pewnie post byłby tak samo obszerny :) Każdy miał swoje wariactwa. Świetny blog który przeczytalam caly za jednym zamachem :) Czekam z niecierpliwością na następne wpisy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Trochę przeżyły te Twoje włoski:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Droga Małgorzato! Może masz jakiś pomysł co zrobić z moim nieudanym farbowaniem, jestem w kropce... Przedwczoraj nałożyłam na włosy farbę "brązowy mahoń", ale czuję się w tym kolorze okropnie, tak wyglądają moje włosy http://oi57.tinypic.com/2aj49ra.jpg Czy masz jakąś poradę jak przejść do brązowego koloru? Nie mam nawet specjalnych wymagań, po prostu chciałabym żeby ten okrutny mahoń zniknął, bo wyglądam w nim strasznie :(
    Pozdrawiam i dziękuje za wszelkie wskazówki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie chwilę to zajmie, ale raczej spokojnie zejdziesz z tego do brązu.
      Tak na moje to po pierwsze poszoruj ten kolor przez kilka dni mocnym szamponem. Powinien trochę zelżeć na sile.
      Nie wiem, jakiego poziomu brązu oczekujesz, ale czerwony refleks powinien spokojnie dać się osłabić zielenią - płukanki, tonery, wybór jest szeroki. Ewentualnie jeśli masz ochotę, zawsze możesz go przyciemnić farbą o odcieniu, który zneutralizuje czerwień - po więcej informacji co do tego, jaki kolor wziąć odsyłam do Mysi: http://kokardka-mysi.blogspot.com/2012/04/tajemnicze-numerki-interpretacja.html

      Usuń
  12. Ale wiele przeszły z Tobą Twoje włosy, masakra :)
    Świetne efekty. Wow :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam wrażenie, że każde zdjęcie przedstawia zupełnie inną osobę. Niesamowite ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja tak samo miałam chyba wszystkie kolory tęczy na głowie :D teraz zostaję przy rudości :) ostatnie zdjęcie jest mega! Przepiękne włosy :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Wlosy dostaly niezly wycisk :) dawno nie widzialam takiej przemiany, po tylu experymentach, jestem w szoku, jak ladnie teraz wygladaja :) gratulacje! Ja tez zapuszczam do kosci ogonowej :p
    Zapraszam do mnie lovelyhairtherapy.blogspot.co.uk
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Widzę, że trochę w życiu poszalałaś :D Super historia! Taka kobieta-kameleon ;-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo ciekawa ta Twoja historia !

    OdpowiedzUsuń
  18. O matko Ależ masz teraz włosy!jak ażjatka!! Masks z olejem I skrobia ziemniaczana(jaki olej i ile) ile tej mąki wsypujesz?

    OdpowiedzUsuń