niedziela, 5 stycznia 2014

Niezbędnik Wysokopora - cz. III - Zabezpieczenie, zapobieganie rozdwojeniom

Jak już kiedyś wspominałam, końce włosów najczęściej wymagają zabezpieczenia przed czynnikami zewnętrznymi. Jest to najstarsza i zarazem najsłabsza część włosa, która mogła sporo w swoim „życiu” znieść, przez co jest bardziej podatna na uszkodzenia.
Porowate końce szczególnie łatwo jest połamać/pokruszyć/porozdwajać - uchylona łuska nie przylega do włosa, przez co nie daje mu dodatkowej ochrony i „grubości”. Przytaczałam już kiedyś porównanie do parasola - otwarty łatwiej będzie złamać, niż zamknięty.
Nie ulega więc wątpliwości, że ta stara, delikatna część włosa będzie wymagała dodatkowej ochrony.

Wśród substancji, które działają w roli zabezpieczacza możemy wyróżnić silikony, oleje, guar i jej pochodne, polyquaternia/quaternia oraz parafinę. Każda z nich działa taki sam sposób:

Warstwa substancji delikatnie oplata włos cienkim filmem, przez co staje się on bardziej elastyczny i mniej podatny na uszkodzenia. Do tego jako pierwsza ma ona kontakt z czynnikiem zewnętrznym (np. detergentem, kolcem szczotki, ocieraniem się o coś) i bierze na siebie przynajmniej część uderzeniowej dawki „zła”.

Zabezpieczają one mocniej lub słabiej, w zależności od tego, czego użyjemy - zwykle olej +jest słabszy od silikonu, a silikon od parafiny. Ciężko stwierdzić, jak wpasować w tą klasyfikację pq/q i guar.
Przy silikonach możemy „wyróżnić” podział na odparowujące, których rola zabezpieczająca jest moim zdaniem wątpliwa (np. Cyclomethicone, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane), łatwiej zmywalne, które zabezpieczają raczej słabiej (np. Dimethicone, Dimethiconol, Dimethicone Copolyol, Amodimethicone) i trudniej zmywalne, które zabezpieczają najlepiej (np. Simethicone, Trimethicone).
Ogólna zasada jest taka - im trudniej coś zmyć, tym lepiej zabezpieczy nam włos.

Jak więc zabezpieczać i na co zwrócić uwagę?
Przede wszystkim warto byłoby unikać zagrożeń - nie szarpać, nie trzeć, delikatnie myć i czesać, nie przygniatać torebką, spać w związanych włosach, najlepiej w ogóle nie nosić ich rozpuszczonych. Ale nie wszystko da się zrobić, albo nie wszystko się chce - włosy w końcu są dla nas. Poza tym często mimo delikatnego traktowania końce rozwalają się w trymiga, warto więc zainwestować w kosmetyk do zabezpieczania włosów.

Jaki kosmetyk wybrać i kiedy go używać?
Zależy to przede wszystkim od potrzebnej formy zabezpieczenia.
W szamponie substancje powłokotwórcze (filmformery) wygładzą włos już w trakcie mycia. Mogą ułatwić późniejsze rozczesanie i zapobiegać tworzeniu się kołtunów podczas mycia.
Filmformery w masce przed myciem pomogą zabezpieczyć włosy przed przesuszeniem przez szampon. Podobną rolę spełnią oleje nakładane przed myciem.
W odżywce d/s i b/s substancje te zabezpieczą włos już „naprzód”, np. do następnego mycia. Przy czym te z odżywki d/s częściowo spłuczą się (lub jeśli są rozpuszczalne w wodzie spłuczą się całkiem), a te z b/s zostaną „w całości”.
W silikonowym serum/oleju nakładanym po myciu na mokre/suche włosy spełnią one dokładnie taką samą rolę, jak w odżywce d/s i b/s.

Jeśli chodzi o sam kosmetyk, dowolność jest duża. Większość kosmetyków do włosów dostępnych na rynku zawiera filmformery. Jeśli chodzi o produkty zostawiane na włosach bez spłukiwania, zwróciłabym tylko uwagę, by nie miały w sobie „złego” alkoholu (Alcohol, Alcohol Denat., Isopropyl Alcohol, IPA), który najprawdopodobniej będzie przesuszał włosy, i protein (np. Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Silk, składniki z Protein w nazwie), które szybko mogą doprowadzić do przeproteinowania zmęczonych życiem końców.
Sama z powodzeniem od kilku miesięcy zabezpieczam włosy przy pomocy Serum z drogocennymi olejkami Gliss Kur i odżywki d/s Isany do włosów blond.
Można ciapnąć na końcówki odrobinę oleju, można użyć oleju i serum - dowolność jest duża, być może czeka Cię wiele prób, ale w końcu znajdziesz coś, co Ci pasuje.

Czego filmformery nie zrobią?
- Nie zabezpieczą przed naprawdę wysoką temperaturą. Nie ma cudów, 230 stopni prostownicy to koszmar dla włosa. Żadne serum sobie z tym nie poradzi. Nie wierzysz? Posmaruj rękę termoochronnym kosmetykiem, a potem przejedź po niej prostownicą. ;)
- Nie odetną dostępu do włosa substancjom odżywczym. Silikon to nie beton, nie jest w stanie pokryć włosa na tyle szczelnie, żeby nic nie przepuścić. To po prostu awykonalne. Co nie zmienia faktu, że filmformery potrafią nadbudować się na włosie, który co jakiś czas będzie wymagał porządnego oczyszczenia.
- Nie skleją rozdwojonych końcówek. Na nie nie ma rady - trzeba ciąć.
- Nie wysuszą włosów. Widziałam dużo głosów demonizujących silikony, większość tych informacji to bujdy. Filmformer sam w sobie nie odżywi włosa, to fakt, ale nie zrobi mu też większej krzywdy (co najwyżej wyglądową). Nie wyciąga on z włosa nawilżenia, ani nic z tych rzeczy. Jest po prostu obojętny. Fakt faktem, jeśli nie dostarczamy włosom nic poza silikonami, któregoś dnia możemy obudzić się „z ręką w nocniku”. Ale to inna kwestia…

A Wy zabezpieczacie czymś włosy? Jakie produkty się u Was sprawdzają?

sobota, 4 stycznia 2014

Farbowanie z głową, czyli jak farbować włosy nie niszcząc ich.

Oczywiście zawsze najlepszym rozwiązaniem jest nie farbować. ;) Ale w końcu włosy są dla nas, a nie my dla włosów.
Sama nie przepadam za swoim naturalnym kolorem i barwię włosy praktycznie stale od 14 r.ż. Przechodziłam przez blondy, brązy (Raz nawet czerń! Brr!), rudości i chyba wszystkie kolory tęczy, żonglowałam kolorami co kilka tygodni. I dorobiłam się swego czasu stertki smętnego siana. Wyszłam z tego - nadal chodzę w innym kolorze, niż własny, ale…no właśnie. Z głową.

Co więc zrobić, żeby nie przesadzić?

Najlepiej wybierz jeden kolor.
Przeskakiwanie między kolorami wymaga nieustannego katowania włosów na całej długości. Przede wszystkim dla końców może być to zabójcze. Krótkie włosy mają sporą szansę to przetrzymać, ale przy dłuższych może być nieciekawie…

Jeśli masz już swój kolor, możesz przejść dalej:
Rozjaśnianie
Przyciemnianie
Poprawa odcienia/odświeżanie koloru/fantazyjne barwy
Henna, indygo
Osłabienie niszczącego działania farby

Rozjaśnianie:
Jeśli Twój naturalny kolor jest ciemniejszy od wymarzonego, bez rozjaśniania się nie obejdzie.
Rozjaśnianie to chyba najbardziej groźnie brzmiący zabieg, jakiemu możesz poddać swoje włosy. Włos jest chemicznie utleniany, dzięki czemu wyłazi z niego pigment i staje się jaśniejszy. Ten efekt jest nieodwracalny. Nie dokładamy do włosa pigmentu, tylko zabieramy go, więc nie można wrócić do stanu poprzedniego. No, chyba, że uda Ci się wygrzebać swój pigment z kanalizacji i jakimś cudem przekonać go, żeby wrócił do włosów. ;)
Można, naturalnie, przyciemnić rozjaśnione włosy farbą, ale nie jest to łatwe. O tym dalej.
Co więc robić, żeby nie przesadzić z rozjaśnianiem?
Przede wszystkim, żeby nieinwazyjnie zejść z ciemnego koloru do jasnego na długości, dobrze byłoby rozjaśnić włosy jak najdelikatniej. Z miejsca odradzam eksperymenty z rozjaśniaczem 984598376 tonów z drogerii. ;) A przynajmniej w takiej formie, w jakiej jest dostarczony.

Jeśli masz zaufanego fryzjera, wybierz się do niego. Polecam. Sama latami rozjaśniałam włosy do białości i podejrzewam, że gdyby nie to, że powierzałam je w tym celu zaufanej fryzjerce, dawno temu zostałabym łysa.
Jeśli jednak nie ufasz żadnemu fryzjerowi i masz trochę wprawy w nakładaniu farby, możesz próbować sama. Naturalnie na własną odpowiedzialność. ;)

Jeśli kolor, który chcesz uzyskać nie jest dużo jaśniejszy, niż wyjściowy, możesz spróbować dwóch rzeczy.
Pierwszą z nich jest ROZJAŚNIAJĄCA farba. Czyli taka, która rozjaśnia włosy - nie chodzi o blond na pudełeczku, tylko o jej faktyczne działanie. Na 90% nie uda Ci się rozjaśnić włosów zwykłą, drogeryjną farbą. Szczególnie farbowanych wcześniej na ciemno. Po prostu, zwykła farba farby nie rozjaśni. Farby rozjaśniające to na „chłopski rozum” po prostu farby z dodatkiem rozjaśniacza. Dobierając do tego odpowiednią wodę można ze sporym prawdopodobieństwem uzyskać pożądany efekt.
Druga z nich to kąpiel rozjaśniająca. Po ludzku - mieszanie rozjaśniacza z szamponem i odżywką dla delikatniejszego rozjaśnienia. Dobre do lekkiego rozjaśniania, albo delikatnego schodzenia z nieudanej, ciemnej farby. Więcej o proporcjach i produktach można przeczytać u Mysi.

Jeśli do „zjechania” mamy więcej odcieni, pozostaje tradycyjne rozjaśnianie. Polecam przyjrzeć się rozjaśniaczom fryzjerskim, lub, jak wyżej - oddać się w ręce doświadczonego fryzjera.

Skoro mamy już wymarzony, jasny kolor, należy pamiętać o kilku rzeczach:
Rozjaśniaj tylko odrost. Serio. TYLKO. Przejechanie rozjaśniającą farbą po włosach „tylko na dwie minutki” też potrafi zrobić im kuku. Szczególnie, jeśli robisz to co miesiąc.
Do korekty odcienia na długości można używać szamponetek/płukanek/tonerów. Wcale nie spisują się gorzej niż farby, a często wręcz przeciwnie. Efekt jest dość przewidywalny i delikatny, a na dodatek dość odwracalny.
Rozjaśniane włosy wymagają pielęgnacji. I to często dość intensywnej.



Przyciemnianie:


Przy przyciemnianiu sprawa jest odrobinę łatwiejsza. Zwykle mniej ono niszczy włosy (co nie oznacza, że można się przyciemniać do „usranej” bez zniszczeń - chociaż co włos, to obyczaj).
Trzy główne pułapki to:
Kolor często wychodzi ciemniej, niż chcemy, żeby wyszedł. Cóż - bywa. Polecam mimo wszystko kupić farbę troszkę jaśniejszą, przyciemnić zawsze łatwiej i przewidywalniej, niż rozjaśnić.
Na rozjaśnianych włosach przy przyciemnianiu często wyłazi zieleń. Szczególnie, jeśli mocno przyciemniamy włosy. Na wszelki wypadek wybierz wtedy cieplejszy odcień. Zawsze można poprawiać odcień płukanką/tonerem.
Kolor potrafi się wypłukać. Cóż - nie ma rady. Od czasu do czasu trzeba będzie go odświeżyć - o tym dalej.

Tutaj również należy pamiętać o kilku rzeczach:
Staraj się farbować tylko odrost. A już na pewno nie katuj długości na pełny czas - wystarczy przeciągnięcie na nie farby na ostatnie kilka minut.
Ciemna farba potrafi się kumulować. Kilkukrotnie nakładając na włos średni brąz możesz dorobić się czerni. Tym bardziej chcąc utrzymać jeden kolor staraj się farbować tylko odrost. ;)

Poprawa odcienia/odświeżanie koloru/fantazyjne barwy:

I tutaj to, co halb lubi najbardziej. ;)
Pisałam wyżej, że wciąż włosy barwię. Z premedytacją nie użyłam słowa farbuję, ponieważ…nie używam do tego farby.


Ciałem (a raczej włosami - od ponad roku) i duszą (dobre 7 lat) jestem czerwonowłosa. Do uzyskania czerwieni używam tonera La Riche Directions (najczęściej poppy red, czasem pillarbox red).
Tonery te (podobnie jak i tonery innych firm - słyszałam np. o Manic Panic, a także pianki na kilka myć - np. Venita, Elysium) możemy kupić we wszystkich kolorach tęczy. Skład tonera przypomina myjącą odżywkę, z tą różnicą, że na końcu znajdują się barwniki (których musi być dość sporo - zawartość słoiczka z pasją barwi wszystko dookoła). Pianki troszeczkę różnią się składowo, ale też zwykle nie zawierają nic strasznego (widywałam alkohol, ale jednorazowo nie zrobi nam on większej krzywdy).
Aplikacja jest dziecinnie prosta - naciapać na włosy, potrzymać chwilę, spłukać. Największy plus - nie niszczy włosów. W ogóle. Ani trochę. Poza tym kolorami/odcieniami można dowolnie żonglować (o ile będą chciały nam wyjść - polecam zapoznanie się z zasadami mieszania kolorów).
Ma to swoje minusy - kolor dość szybko się spłukuje i po każdym myciu jest inny. Na dodatek zaaplikowanie takiego cuda na ciemne włosy da co najwyżej poświatę. Poza tym niektóre odcienie potrafią nie zmyć się do końca (np. czerwień zostawiła rudą poświatę na moich blond naturalkach, nie dało się jej domyć) - jeśli interesuje Cię chwilowa zmiana koloru, polecam test pasemkowy.
Niestety, w gamie kolorystycznej tonerów ciężko o naturalne kolory. Jest bodaj tylko czarny. Można je co prawda mieszać do woli, ale…

Chcąc wybierać w bardziej naturalnych odcieniach możemy poszukać szamponetek (nie mylić z nazywanymi często szamponami koloryzującymi farbami na 24 mycia!).
Szamponetka to bardziej mieszanka szamponu z barwnikiem. Daje nietrwały efekt, ale również może nie wypłukać się do końca. Zwykle są sprzedawane w saszetkach i opisane jako zmywalne po 6-8 myciach. Sama używałam kiedyś jakiegoś wiśniowego odcienia. Nie spłukała się do końca z naturalek - rudy poblask został aż do rozjaśnienia włosów.
Plusy: nie niszczy włosów, może co najwyżej lekko przesuszyć.
Minusy: nietrwały kolor.
Zarówno szamponetki jak i tonery świetnie nadają się do odświeżania koloru. Chodzi dokładnie o to, co pisałam wyżej - farbujemy odrost, długość odświeżamy. Wilk syty i owca cała. W pewnym sensie. ;)

Czasem zdarza się, że po rozjaśnieniu wyjdzie nam żółtko, a po przyciemnieniu - glon. Nie ma powodów do paniki! ;) Wszystko da się skorygować.
Wystarczy zapoznać się z zasadami mieszania kolorów i można ruszać włosom na ratunek - nieinwazyjnie.
Nadadzą się do tego płukanki (np. gencjana, Flor Illum, Delia) lub rozmieszane z odżywką tonery (nasycenie odpowiednie do skali problemu - polecam test pasemkowy).
Zieleń niwelujemy czerwienią, żółć fioletem (nie mylić z niebieskim - żółty+niebieski=zielony), pomarańcz niebieskim, a czerwień zielenią. ;)
Co prawda dojście do upragnionego efektu może zająć kilka myć, a aplikację trzeba będzie powtarzać raz na jakiś czas, ale coś za coś. ;)
Jeśli to nie wystarczy, zawsze można sięgnąć po farbę o odpowiednim odcieniu - np. przy zielonych włosach nałożymy farbę z czerwonymi podtonami.


Henna, indygo:


Ostatnia rzecz, o której warto wspomnieć.
Jest to koloryzacja za pomocą naturalnych barwników roślinnych - rudego z henny oraz granatowego z indygowca brawierskiego.
Wydaje się to być koloryzacją idealną - nie niszczy włosów, często je pogrubia, w wielu przypadkach jest trwała (zależy od włosów). Co prawda nie da się w ten sposób rozjaśnić włosów, ale nie można mieć wszystkiego.
Gdzie więc haczyk?
Ano, koloryzacja taka jest idealna pod warunkiem, że nigdy nie zachce Ci się kłaść na hennowane/indygowane włosy chemicznej farby. A już niech Cię ręka Boru broni je rozjaśniać. Traktowanie ziołowych barwników chemią daje bardzo nieprzewidywalne efekty - często fryzjerzy nie chcą w ogóle podejmować się farbowania włosów koloryzowanych wcześniej w ten sposób. Często z takich eksperymentów wychodzi niechciana zieleń, w intensywnej formie.
Jeśli jesteś „pewna swego”, możesz próbować. Nic złego stać się nie może, najwyżej włosy się trochę napuszą w początkowym stadium, albo po prostu barwnik się wypłucze. Ale mimo wszystko pomyśl dwa razy, czy przypadkiem Ci się kiedyś nie odwidzi. Nikt przecież nie chce wylądować z katastrofą na głowie. ;)



Osłabienie niszczącego działania farby:
Farba swoje zdziałać musi - nie ma rady. Żeby przyciemnić, barwnik trzeba jakoś pod łuskę włożyć, żeby rozjaśnić, trzeba go jakoś z włosa wygonić. Włosy nigdy nie będą w stanie wyjść z farbowania bez zupełnie żadnego szwanku.
Ale można to niszczące działanie odrobinę osłabić. Sama znam trzy metody:
Farbowanie brudnych włosów - włosy niemyte przez kilka dni otoczone są własną ochroną, czyli sebum wydzielanym przez skórę głowy. Ochroni ono odrobinę włos przed zniszczeniami wywołanymi przez farbę.
Farbowanie na olej - jak wyżej, z tym, że sebum najczęściej nie dochodzi aż do końcówek włosów. Olej możemy na nie nałożyć własnoręcznie. Po prostu ochroni włosy. (Słyszałam plotki, że farbowanie na olej sprawia, że włosy wychodzą odrobinę bardziej żółte w odcieniu. O ile dobrze pamiętam tyczyło się to blondu. Wiecie coś o tym? Chętnie to zweryfikuję.)
Farbowanie na odżywkę - odżywka lekko rozcieńcza farbę, a składniki w niej zawarte mogą pomóc chronić włos. W tym przypadku polecam test pasemkowy - może mieć wpływ na uzyskany kolor. Na wszelki wypadek lepiej użyć odżywki o raczej prostym składzie.


Wniosek: Wszystko jest dla ludzi, wystarczy używać tego z głową. ;) Złoty środek na pewno jest w zasięgu ręki.

czwartek, 12 grudnia 2013

Niezbędnik Wysokopora - cz. II - Nożyczki

Włosy powinno się regularnie podcinać, a szczególnie mocno potrzebują tego włosy porowate. Ze względu na odchylone łuski są słabsze i bardziej podatne na zniszczenia.

Co? Dlaczego? Nie chcę tracić centymetrów, zapuszczam włosy!
Oczywiście, możesz nie podcinać i nie tracić. Nie zdziw się tylko, jak centymetrów nie przybędzie, albo co gorsza „stracą się” same. :)
Końcówki to najstarsza część włosa, nierzadko mają po kilka lat i sporo z nami przeszły. Kilka tysięcy myć, przejechań szczotką, podmuchów suszarki - włos nie jest z żelbetu i jego wytrzymałość jest…powiedzmy dość ograniczona.
Dlatego to właśnie w tym miejscu najczęściej występują zniszczenia. Młody, zdrowy włos, który dopiero co odbił od głowy nie zniszczy się tak szybko, jak kilkuletnia, zmęczona życiem końcówka. Łatwiej ją ułamać (choćby czesząc) i szybciej się rozdwaja. A rozdwojenia są zdradliwe, bo łatwo idą w górę. Nie wierzysz? Złap za dwa końce rozdwojonego włosa i pociągnij je w dwie strony. :)
Trzymanie rozdwojonych końców przez dłuższy czas skutkuje tym, że rozdwojenie przesuwa się w górę. Naturalnie nie tak szybko, ale z dnia na dzień milimetrów przybywa. Osłabione rozdwojeniami końcówki wykruszają się, przez co nie ma przyrostu na długości - to, co się pojawi od głowy, wykruszy się na końcu. Czasem (w ciężkich przypadkach) długości potrafi wręcz ubywać.

Przykład z życia - moje włosy

Kiedyś nie podcinałam włosów w ogóle. To był błąd mojego życia - chciałam mieć długie włosy, ale nie wiedzieć czemu one nie chciały rosnąć…
Bliżej nieokreślony 2009 rok:


Koniec 2010 roku (w międzyczasie rozjaśnione po całości jeszcze się skróciły):

Koniec 2011 roku:

Październik 2013 + zaznaczona na plecach długość, do której dorastały wcześniej:

Jakość zdjęć wątpliwa, ale coś tam powinno się dać zauważyć. Jakoś wcześniej nie wpadłam na robienie sobie włosowych zdjęć. :D
Dopiero w 2012 roku zaczęłam podcinać końcówki - w ciągu 1,5 roku wykroczyły o dobre 7-8 cm za wcześniejszą „linię graniczną” mimo podcięcia ich o dobre 12 cm w tym czasie.
Jeśli Cię przekonałam, możesz czytać dalej. :)

Jak poznać, że zniszczone?
Przyjrzyj się swoim końcówkom. Jeśli widzisz na nich białe kropki - to poczatki rozdwojeń. Jeśli końcówka rozchodzi się na dwie strony to już pełnoprawne rozdwojenie. Dalej jest jeszcze gorzej - piórka, drzewka - podeprę się tutaj obrazkiem znalezionym w google:



Wszystkie te cuda nadają się do obcięcia.

Normalnie, nożyczkami?

Tak, nożyczkami. :) Ale zwykłe nożyczki do papieru się do tego nie nadają. Nożyczki powinny być jak najbardziej ostre - tępe miażdżą włos powodując, że zmiażdżony koniec natychmiast zaczyna się rozdwajać. Spróbuj odgryźć kawałek swojego włosa, a powinnaś zobaczyć, że na jego końcu zrobi się biała kropka. To początek rozdwojenia.
Potrzebne będą fryzjerskie nożyczki - możesz z nich skorzystać u fryzjera albo nabyć własne i sama podcinać końce. Takie nożyczki są do kupienia w rossmanie (i do domowych celów będą jak najbardziej w porządku), można też zamówić je na allegro. Za swoje rossmannowskie zapłaciłam ok. 25zł (to było już jakiś czas temu) i sprawują się dobrze.

Ale fryzjer zawsze ucina mi połowę włosów! Mogę to zrobić sama?

Tu jest problem, bo faktycznie są fryzjerzy, którzy nie wiedzą, ile to 3cm. :)
Postaram się dowiedzieć, gdzie szukać takich, co wiedzą.
A póki co, końce można podciąć samemu.
Po pierwsze, można wycinać pojedyncze rozdwojone końcówki - prosta metoda - łapiesz, ucinasz, łapiesz, ucinasz. Pamiętaj, żeby zostawić trochę zapasu - rozdwojony włos jest troszkę naruszony „w środku”, powyżej rozdwojenia, więc trzeba go uciąć jeszcze wyżej, żeby nie rozdwajał się dalej. Zalecam z 2cm zapasu.
Po drugie, zawsze możesz kogoś poprosić. Wiadomo, że może nie ściąć Cię tak pięknie jak fryzjer, ale przycięcie linii końców to nie takie znowu trudne zadanie. Nawet mój TŻ po dwóch piwach daje radę. :D
Po trzecie, możesz ciąć sama. Nigdy nie praktykowałam, ale słyszałam o jednej metodzie. Mianowicie: przekładasz jedno pasmo z tyłu do przodu (najlepiej to znad karku i przycinasz je do wymarzonej długości. Potem przekładasz kolejne, i następne równając je za każdym razem do tego przyciętego pasma. Najpierw robisz jedną stronę głowy, potem dorównujesz drugą.

Temat zapobiegania rozdwojeniom poruszę innym razem. :)
Pamiętaj, włosy są jak giełdowa inwestycja - jeśli chcesz coś z nich mieć to musisz coś poświęcić.

niedziela, 8 grudnia 2013

Ratunku, zniszczyłam sobie włosy! Co teraz? Czyli pierwsza pomoc na zniszczone włosy.

Z blondu na brąz, z brązu na blond, przedwczoraj czarne, wczoraj rude. Dziś proste, jutro kręcone, aż w końcu budzisz się z letargu i widzisz kupkę smętnego sianka, które zostało po Twoich, niegdyś pięknych, włosach.
Jeden, drugi, trzeci szampon-cud i nic nie pomaga. Co teraz? Czy Twoje włosy nigdy już nie będą piękne?
Mogą być. Na dobry początek mam dla Ciebie tylko 6 rad.

Po pierwsze, nie daj się zwariować.
Spróbowanie wszystkiego na raz prawdopodobnie poskutkuje katastrofą, a nawet jeśli nie, nie będziesz wiedziała, co powoduje, że włosy mają się lepiej. Spróbuj najpierw używać mniejszej ilości produktów i dokładnie obserwować swoje włosy.

Po drugie, czas na zmianę poglądów.
Nie istnieje szampon-cud, który naprawi Ci włosy. W zasadzie obietnice producentów rzadko mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. W perspektywie czeka Cię dużo czytania i mała lekcja chemii, ale lepiej zacząć od podstaw. To zostawmy na później. Najpierw pogódź się z tym, że to, co obiecują producenci szamponów/odżywek najczęściej można włożyć między bajki. Pogłębiaj wiedzę na wizażu i blogach, staraj się powoli dojść do tego, co Ci pasuje. Ćwiczenie czyni mistrza.

Po trzecie, odstaw winowajcę.
Prostownica/lokówka czy jakiekolwiek inne gorące urządzenie używane regularnie zawsze zniszczy Ci włosy. Zawsze. Nie istnieje kosmetyk, który przed tym zabezpieczy. Nie wierzysz? Weź termoochronny kosmetyk, posmaruj nim rękę, a potem przejedź po niej prostownicą. ;)
Farby chemiczne niszczą włosy. Mniej lub bardziej, ale niszczą. Brak amoniaku to ściema, olejek w farbie też nic nie da. Możesz przerzucić się na szamponetki, tonery, henny - o tym więcej innym razem.

Po czwarte, podetnij zniszczone końcówki.
Jeśli końcówki są porozdwajane, mocno przesuszone albo pojawiają się na nich białe kropki - niestety, nie ma rady. Trzeba je podciąć. To czasem boli, ale jest najlepszą inwestycją na przyszłość. Zniszczone końce wykruszają się i łamią, przez co włosy i tak nie będą chciały więcej rosnąć, a same rozdwojenia szybko idą w górę. Jeśli nie opamiętasz się teraz, możesz skończyć z włosami poniszczonymi do wysokości ucha, których całe pasma będą się kruszyć. A wtedy nie będzie już tak różowo. Także nożyczki w ruch (Koniecznie fryzjerskie! Zwykłe nożyczki są zbyt tępe, miażdżą włos zamiast go uciąć, co powoduje, że końcówka natychmiast się rozdwaja.) i nie płakać! Oczywiście nikt Ci nie każe ucinać od razu 20cm, małe cięcie też zrobi swoje. Zniszczone wcześniej włosy prawdopodobnie szybciej się rozdwoją niż zdrowe, ale uszkodzenia nie pójdą w górę. I pamiętaj - włosy nie ręka, odrosną. :)

Po piąte, zamiast wyrzucać wszystko co masz przemyć do obecnej pielęgnacji coś dobrego.

Nie musisz od razu wyrzucać wszystkich szamponów i odżywek, jakie masz na stanie tylko dlatego, że przeczytałaś, że są fe. Możesz olejować włosy i mieć z tego efekty mimo używania mocnych szamponów, silikonową odżywkę stuningować olejem, glutkiem z siemienia czy jajkiem, a odżywkę na alkoholu zużyć do golenia nóg. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zacznij stopniowo, nietrafione kosmetyki szybko znikną i zrobią miejsce na nowe. :)

Po szóste, bądź cierpliwa.
Jedno olejowanie nie naprawi szkód, które wyrządzałaś latami. Nie
Przykład: Zaolejuj włosy i zrób coś - poczytaj książkę, poodkurzaj, ugotuj obiad. Potem nałóż na to maskę, zawiń ręcznikiem i porób coś jeszcze przez chwilę. Idź pod prysznic, umyj włosy na początku, nałóż odżywkę, umyj się spokojnie. Na koniec prysznica spłucz odżywkę. Dorzuć jeszcze serum na końce (i stylizator, jeśli używasz) przed suszeniem. Włosy dopieszczone, a przy okazji zrobiłaś tyle rzeczy.
Wcale nie jest tak ciężko, wystarczy pokochać swoje włosy, a ani się obejrzysz jak się odwdzięczą i będą wyglądać dużo lepiej. :)
istnieje złoty środek, ale regularność i systematyczność po czasie przynoszą zadziwiające efekty. Zadbanie o włosy wcale nie trwa długo, pozwól więc, by stało się rutyną. Poza tym wcale nie musisz siedzieć i pachnieć, kiedy masz olej/maskę na włosach.

środa, 4 grudnia 2013

Niezbędnik Wysokopora - cz. I - Oleje

Olejowanie włosów to podstawa podstaw pielęgnacji porowatych (i nie tylko) włosów. Olej wygładza włosy, zamyka w nich nawilżenie, redukuje puch, sprawia, że włosy stają się bardziej miękkie i miłe w dotyku.

Bleeee, olej na włosy?
Otóż tak. Należę do tej bandy świrów, którzy smarują włosy olejem. To już chyba jakiś wyższy poziom włosowego zboczenia. Wyższy jest także cel całego tego przedsięwzięcia.

Co mi to da?
Skutki olejowania potrafią być zbawienne na wielu płaszczyznach, oto najważniejsze z nich:
1.Zabezpieczenie.
    Olej nałożony na włosy zabezpiecza każdy włos tworząc na nim cieniutką warstwę. Będzie to pomocne w chronieniu włosa przed uszkodzeniami - tak zabezpieczony włos minimalnie trudniej będzie złamać, co w konsekwencji może mu pomóc w rośnięciu - czyli szybciej zapuścisz włosy. Przykład: swego czasu nie mogłam wyhodować włosów dłuższych, niż kawałek przed zapięcie stanika. Po prostu łamały się poniżej tej długości. Dziś (ponad rok olejowania przed każdym myciem) sięgają talii i mają się dobrze. :)
2. Nawilżenie.
    Olej jako taki nie nawilży włosów, ale może pomóc zatrzymać nawilżenie we włosie dzięki warstwie, którą go otacza. Dzięki temu włosy będą dłużej miękkie po myciu, staną się bardziej sprężyste i lejące.
3. Mniej puchu.
    Kolejny zbawienny skutek filmu, który tworzy na włosie olej. Warstwa oleju zapobiega uciekaniu wody z włosa i dociąża go, sprawiając, że włosy są bardziej mięsiste i cięższe, przez co mniej się „piórkują”, a poszczególne pukle loków będą bardziej zbite.

Ale jak? Mam chodzić z tłustą głową?
Nie, to też nie tak. Olej nakładamy przed myciem. Znaczy, nikt nikomu nie broni po, ale tłusta głowa wygląda co najmniej nieestetycznie. ;)

Można wyróżnić kilka „szkół” olejowania, niektórych próbowałam, innych nie, ale postaram się je krótko opisać:
1. Na sucho.
    Najprostsza do wyobrażenia sobie metoda: nanosisz olej na suche włosy. Nieważne, czy rękami, czy psikaczem, po prostu chodzi o pokrycie suchych włosów olejem. Nie muszą ociekać, ważne, żeby po prostu był na nich olej.
2. Na mokro.
    Jak wyżej, z tym, że olej nanosisz na mokre (zmoczone) włosy. Możesz je spłukać, możesz je spryskać wodą - pełna dowolność. Ponoć ta metoda daje lepsze skutki - włosy są bardziej nawilżone po olejowaniu - u mnie było na odwrót. Tak, jakby olej na mokrych włosach nie pokrył ich dokładnie, ale moje włosy są ciężkie. Najlepiej spróbować nagłownie. ;)
 3. Na rosół.
    Podobna w skutkach i działaniu do metody na mokro, różni się wykonaniem. Do miski wlewamy wodę i dodajemy trochę oleju. Mieszamy tworząc „rosołek”. Moczymy w tym włosy. U mnie nie sprawdziła się podobnie, jak metoda na mokro.

4. Olej na odżywkę.
    Na włosy nakładamy odżywkę, a na to olej. Nie sprawdziła się u mnie podobnie, jak mokre metody.
5. Odżywka z olejem.
    Mieszamy odżywkę z olejem i nakładamy mieszankę na włosy przed myciem. Dość efektowna i ciekawa szczególnie na szybkie olejowanie. Można też łatwo manipulować proporcjami odżywki i oleju (tej opcji z mniejszą ilością oleju można śmiało używać po myciu). Zdecydowanie najłatwiejsza do zmycia. Lubię.
6. Odżywka na olej.
    Zdecydowanie moja ulubiona metoda. Tu olejujemy włosy na sucho, a po czasie na olej nakładamy odżywkę. Łatwa do zmycia i mega efektowna w moim przypadku. Polecam.

Taki zwykły Kujawski?
Jedyny olej, jaki mogę ze szczerym sercem odradzić, to silnikowy. :D
Tak, to oznacza, że Kujawski jak najbardziej się nadaje. Oleje „włosowe” możemy podzielić na dwie kategorie: naturalne i mineralne.
Jeśli chodzi o oleje naturalne, każdy się nadaje, ale nie każdy musi pasować. Ważne jest to, że olej nie zrobi innej krzywdy, niż wizualna. Może obciążyć, może spuszyć, ale nie może zniszczyć włosów.
Oleje naturalne dzielą się na różne grupy, nie ma sensu powielać tych samych informacji, po podziały odsyłam tu i tu.
Jedna ważna uwaga - porowatym na wszelki wypadek odradzam nasycone. Ich duże cząsteczki włażą pod otwarte łuski włosa i nieszczęście (puch) gotowe. Ale różnie bywa, zawsze można spróbować, a nuż podpasuje.

Oleje mineralne to mieszaniny węglowodorów, najczęściej używanym z nich jest parafina i to właśnie na niej się skupię. O parafinie wiele z Was zapewne słyszało - nafta kosmetyczna to właśnie płynna parafina. Jest ona ciężka do zmycia, co może być plusem i minusem zarazem. Działała dość zbawiennie na moje włosy za czasów, jak myłam je mocnymi szamponami. W tej chwili zrezygnowałam z jej używania, bo na codzień myję włosy odżywką, a ta nie jest w stanie domyć parafiny. Jednak z ręką na sercu mogę ją polecić, robiła mi naprawdę piękne włosy!




 

Świetnie! To gdzie jest haczyk?

Haczyk jest w tym, że nie istnieje cud na włosy, podobnie jak diety cud i inne cuda. Efekty olejowania są widoczne, ale najczęściej pojawiają się stopniowo. Niektóre dziewczyny widziały efekty już po pierwszym olejowaniu, ale to raczej odosobnione wyjątki potwierdzające regułę. Tutaj liczy się regularność i obserwowanie włosów - nie każdy olej podpasuje danym włosom, a efekty mogą nie być natychmiastowe.
Jeśli nie wierzysz, spróbuj przez miesiąc olejować przed każdym myciem. Powinnaś zobaczyć różnicę.+

środa, 9 października 2013

Moje włosy się puszą! Co robić? Czyli o puchu słów kilka...

Problem powszechny i na czasie, bo nasila się zwłaszcza jesienią. Puch, puszek czy po prostu „lwia grzywa” potrafi przysporzyć nie lada zmartwień szczególnie w nieodpowiednią pogodę. Jednak nie taki puch straszny, jak go malują - można mu dość łatwo zaradzić, przynajmniej w dużym stopniu.

Skąd się bierze puch?
Trochę teorii: pisząc o puchu mam na myśli stan, w którym pojedyncze włosy zaczynają odstawać od reszty tworząc puchatą otoczkę, są rozdzielone i nieregularnie sterczą na wszystkie strony (często wykręcając się w dziwnych kierunkach).
Taki stan można uzyskać w łatwy sposób rozczesując kręcone/falowane włosy gęstą szczotką lub grzebieniem. W tym momencie (świadomie lub nie) tworzymy puch same. Jest na to proste rozwiązanie, ale o tym później.
Główną przyczyną powstawania puchu jest złożenie dwóch czynników: otwartej łuski i niesprzyjającej pogody. O otwartej łusce pisałam w poście o porowatości - jeżeli nasze łuski się otwierają, włos najprawdopodobniej jest porowaty.
Drugim czynnikiem jest pogoda: puch najczęściej wywołuje wiatr i wilgotne powietrze.
Wiejący wiatr rozdziela włosy, a często także je wysusza (gdy powietrze nie jest zbyt wilgotne) - włos szybko oddając wodę i oddzielając się od reszty wykręca się w swoją stronę i zaczyna żyć własnym życiem, tworząc puch.
Wilgotne powietrze zaś sprawia, że wilgoć wnika pod podniesione łuski powodując lekkie pęcznienie włosa - znowu włos wykręca się w swoją stronę i zaczyna żyć własnym życiem.

Ujarzmienie lwa
Jeśli puch wywołany jest rozdzieleniem włosów rozwiązanie jest banalne: nie rozdzielać!
Tak, mam na myśli, żeby nie czesać włosów (kręconych - przy prostych włosach puch z powodu rozdzielenia nie powstaje, a jeśli powstaje to włosy nie są proste :D).
Nie, nie powoduje to kołtunów ani wszawicy i jest jak najbardziej wykonalne. Rozwiązanie brzmi: stylizacja! Żel czy pianka nie tylko podkreśli i pomoże utrzymać skręt, ale także zapobiegnie rozdzielaniu się włosów, dzięki czemu utworzą zdefiniowane pukle zamiast kępki napuszonych kłaków. Nie wierzysz? Spróbuj! Przecież nie wyłysiejesz. ;) Po umyciu nie rozczesuj włosów, tylko nałóż na mokre trochę żelu/pianki, ugnieć i daj im wyschnąć naturalnie. Po wyschnięciu ugnieć jeszcze raz. Ostrzegam! Może się zdarzyć, że efekt będzie spektakularny!

Na puch wywołany złożeniem nieodpowiedniej pogody i otwartych łusek są dwa rozwiązania.
Pierwsze z nich to zmienienie pogody - jeśli umiesz, koniecznie daj mi znać jak to zrobić! ;)
Drugie to zamknięcie łusek naturalnie lub „dodatkowymi drzwiami”. Na naturalne zamknięcie łusek może pomóc spłukiwanie zimną wodą albo kwaśną płukanką (np. z cytryny lub octu). Jednak jeśli Twoje włosy są porowate ich łuski mogą nie chcieć się do końca zamknąć mechanicznie. Dlaczego więc nie spróbować ich zalepić?
Do takiego „zalepienia” łusek, czyli utworzenia bariery utrudniającej wypuszczenie/wpuszczenie wody z/do włosa można użyć kilku rzeczy (na raz lub każdej z osobna):
1. Silikony
    Tak bardzo demonizowane mogą okazać się najlepszym przyjacielem w walce z puchem. Silikon oblepia włos i może działać jak sztuczna bariera między włosem a otoczeniem. Oczywiście używamy z głową i wyobraźnią. Mogą się świetnie sprawdzić w odżywce bez spłukiwania (jeżeli nie obciążają).
2. Oleje
    Dodane do odżywki do spłukiwania/maski aplikowanej po myciu (lub w bardzo umiarkowanej ilości do odżywki bez spłukiwania) mogą zdziałać cuda. Podobnie jak silikony tworzą na włosie delikatną warstwę ochronną. U mnie (średnio gęste włosy do talii) spokojnie sprawdza się łyżka dowolnego oleju zmieszana z ok. 60-80ml odżywki/maski.
3. Skrobia ziemniaczana
    Tak, to to samo, co mąka ziemniaczana. Funkcja jak wyżej, z tym, że to akurat może działać bardziej jak beton. Spróbujcie wymieszać mąkę z wodą to będziecie wiedzieć, co mam na myśli. ;) W moim przypadku wygładza i mocno redukuje puch. Używam ok. 1-2 łyżeczek na 60-80ml odżywki.

Oprócz zalepiania łusek pomocne może być też unikanie ich podnoszenia:
1. Ciepło
    Podobnie jak zimno zamyka łuski, ciepło je otwiera. Unikaj wykonywania ostatniego płukania ciepłą wodą, a także nie susz włosów gorącym nawiewem - wybierz raczej chłodniejszy.
2. Oleje wnikające i masła
    Duże cząsteczki wnikających olei i maseł „wchodzą” pod łuskę włosa lekko ją unosząc. U wysokopora puszek gwarantowany.
3. Humektanty
    Humektanty, czy nawilżacze to składniki działające jak drzwi dla wody, przy czym dążą one do zachowania równowagi z otoczeniem: jeśli na zewnątrz włosa jest wilgotno, przyjmą wodę do środka włosa, jeśli jest sucho - oddadzą ją do otoczenia. Użyte w znacznej ilości znacznie ułatwiają tworzenie się puchu. Powinno się je stosować, ale z rozsądkiem. Do humektantów należą m.in. gliceryna, miód, sok aloesowy.
4. Proteiny
    Cząsteczki protein podobnie jak oleje wnikające potrafią „wejść” pod łuskę włosa i dodatkowo ją unieść.

Dodatkowym kluczem jest obserwowanie swoich włosów i wykluczanie składników/produktów, po których puszą się bardziej. Po pewnym czasie na pewno uda się wyeliminować bądź mocno ograniczyć puszenie.

 Na życzenie dla Pirata. :D Nie wiedziałam, że ktoś to w ogóle czyta...

wtorek, 24 września 2013

Porowatość włosów - z czym to się je?

Idealnie przylegające łuski - włos niskoporowaty
Każdy włos pokryty jest warstwą łusek. Służą one jako zabezpieczenie włosa od zewnątrz, a także pełnią rolę swoistych "drzwi" do wnętrza włosa. Stopień odchylenia łusek włosa nazywamy porowatością. Tym samym jeśli łuski są mocno odchylone (włos wygląda jak choinka) nazywamy włos porowatym (lub wysokoporowatym), a jeśli przylegają ściśle do włosa - niskoporowatym. Istnieje także stan pośredni - łuska jest trochę odchylona, ale nie mocno "nastroszona" - wtedy mówimy o średniej porowatości. Tak wygląda teoria.


A co z praktyką?
Ano porowatość na praktykę również ma duży wpływ. Jedni mają gładkie włosy, inni szorstkie. Jedne kołtunią się lub puszą, inne są nienaganne. Od czego to zależy?
Podniesione łuski porowatego włosa
Między innymi właśnie od porowatości. Włos porowaty ma "otwarte drzwi" - łatwo coś do niego wrzucić, ale łatwo też "wylatuje". Porowate włosy ciężko przekarmić, bo można do nich dużo nawrzucać, ale łatwo je też zaniedbać, bo szybko zgubią nawilżenie i przesuszą się, bądź napuszą. Otwarte łuski haczą o siebie i włosy szybko się kołtunią, a także łatwo oddają wodę, co sprawia, że włosy szybko schną i często się puszą. Oczywiście na wszystko są sposoby... :] Włosy porowate są też bardziej podatne na uszkodzenia od ich mniej porowatych braci. Użyję wyczytanego gdzieś porównania - łatwiej złamać otwartą parasolkę, niż zamkniętą. Często potrzebują sporo uwagi szczególnie na końcach. Często też słabiej błyszczą - zamknięta łuska odbija światło i wywołuje połysk. Włosy niskoporowate są raczej mocniejsze, bardziej błyszczące, mniej podatne na puch - mówi się o nich zdrowe, choć moim zdaniem jest to rzeczowy błąd. O tym niżej.
Ja akurat z włosami niskoporowatymi jestem, przyznam się, trochę na bakier - nie mam takich włosów i nigdy nie interesowałam się głębiej tym, jak powinnam je pielęgnować - o takich włosach można poczytać m.in. u kascysko.
Porowatość to też cecha ruchoma - może obniżać się lub podwyższać zależnie od czynników zewnętrznych i skłonności włosa. Uszkadzanie włosa podwyższa porowatość - przyczyniają się do tego chemiczne farby, uszkodzenia wywołane ciepłem suszarki czy prostownicy, uszkodzenia mechaniczne i inne czynniki powodujące podnoszenie się łusek. Wraz z pielęgnacją i zaprzestaniem uszkadzania włosów porowatość może się obniżać - łuski zaczną zamykać się z powrotem. Oczywiście po czasie.

Jakie są moje włosy?
Własną porowatość warto znać, żeby wiedzieć, jak włosom dogodzić, czego mogą potrzebować, a co może im się nie przysłużyć. Wiadomo, co włos to obyczaj, ale dobrze wiedzieć, od czego próbować zacząć. Nikt przecież nie chce kupować i wyrzucać po trupach do celu. :) Metod sprawdzenia porowatości jest kilka - są mniej lub bardziej adekwatne, ale zawsze warto pokombinować… Przedstawię najbardziej, moim zdaniem, racjonalne z nich:


  1. Mikroskop - obejrzenie włosa w powiększeniu nie pozostawi wątpliwości. To jedyna stuprocentowo pewna metoda. Od razu na własne oczy zobaczymy, czy łuski przylegają do włosa, czy są otwarte. Ale nie każdy ma dostęp do mikroskopu…
  2. Test porowatości - mój autorski projekt, który powinien POMÓC (pomóc, nie ustalić na sztywno) w określeniu faktycznej porowatości włosów. Pamiętajcie, to tylko test oceniany przez komputer i może być omylny. Wstępne próby wskazują, że sprawuje się całkiem nieźle. :) Test znajdziecie u góry, w zakładce "test porowatości włosów". A jeśli macie wątpliwości…
  3. …zawsze pomóc może jeszcze człowiek. Dziewczyny z wizażu chętnie pomogą określić, co we włosie piszczy. Wystarczy odpowiedzieć wyczerpująco na pytania w tym wątku i poczekać na odpowiedź. :)
  4. Są także inne metody, co do których mam pewne wątpliwości. Bardzo często ich wyniki mocno odbiegają od rzeczywistości, dlatego nie będę ich tu wyczerpująco opisywać. Dla zainteresowanych - google nie gryzie.
Ratunku! Moje włosy są wysokoporowate. Czy nigdy nie będą zdrowe i błyszczące?
Spokojnie, to też nie tak. Włosy wysokoporowate mogą być zdrowe, chociaż mogą (nie muszą) potrzebować odrobinę więcej zachodu.
Pamiętajmy, że porowatość to genetyczna cecha włosa, a nie tylko efekt zniszczeń lub ich braku. Ktoś może mieć nietknięte czymkolwiek, zadbane włosy, które genetycznie mają wysoką porowatość - takie włosy będą zdrowe, ale porowate. ;) A włosy niskoporowate też wcale nie muszą być zdrowe - przy odpowiednich warunkach genetycznych nawet zaniedbany włos może mieć niską porowatość. Nie ma włosów lepszych i gorszych, po prostu każde są inne i wymagają innej pielęgnacji. I zamiast się z tym kłócić, warto to zaakceptować. :)